Pewnie już kiedyś o tym wspominałam, bo o takich rzeczach warto pisać niejednokrotnie – Internet to najgorsze źródło subiektywnych opinii – szczególnie medycznych. Dlatego też obiecałam sobie, że po ukończeniu mojego leczenia ortodontycznego obalę kilka mitów i potwierdzę kilka faktów z owym leczeniem związanym (z punktu widzenia pacjenta, który nie lubi wyolbrzymiać).

Na wstępie od razu napiszę, że wszystkie poniższe wnioski są efektem 2 letniego leczenia i moich własnych spostrzeżeń. Nie mam zamiaru używać żadnych niezrozumiałych pojęć, lecz będę pisała językiem prostym – zrozumiałym dla każdego. Nie mam zamiaru tez podejmowania się wyjaśniania pewnych pojęć i zachowań, bo nie leży to w mojej kwestii jak i również nie chcę kogokolwiek wprowadzić w błąd.

Zanim zaczęłam leczenie, a w zasadzie zanim się na nie zdecydowałam przetrzepałam Internet wzdłuż i wszerz w poszukiwaniu wielu opinii na temat tego, czy w wieku 22 lat leczenie wygląda tak samo jak u osób młodych (w sensie młodszych ;) ). I to w tym momencie naczytałam się o chirurgicznym usuwaniu ósemek i krwawych wizytach stomatologicznych w celu usunięcia innych, możliwie utrudniających leczenie zębów – generalnie sodoma i gomora, przedsionek tego co i tak miało być straszne. Faktem jest że leczenie u osoby młodej i osoby dorosłej wygląda nieco inaczej – chociażby z tego względu, że w tym drugim przypadku leczenie może trwać dłużej, jak i wada jakiej się pozbywamy może do nas wrócić bez odpowiednich środków zabezpieczających. Ale nie o tym..
Tak – w wieku 22 lat można się obejść bez chirurgicznego usuwania ósemek i bez wyrywania jakiegokolwiek zęba! Tak – taką osobę leczy się jak osobę dorosłą, tj. niezbędne jest leczenie retencyjne, ale o nim na końcu. Mimo wszystko głowa do góry…

Niestety kolejną rzeczą o której wiedzieć trzeba jest koszt aparatu jak i leczenia. Nie jest to tania sprawa, ale jeśli patrzeć na czas i efekt jest to cena tego warta. Aczkolwiek nie chciałabym wdawać się w szczegóły finansowe leczenia, bo te akurat są bardzo zróżnicowane (różni lekarze, różne ceny).

Zatem zdecydowane – będziemy zakładać aparat!

Kolejnym pytaniem jakie zadawałam w sieci był ból, bo w końcu nikt go nie lubi. Tak – po założeniu aparatu odczuwamy ból, jednak nie jest to ból tak ogromny jak opisuje się go w wirtualnym świecie. Samo zakładanie aparatu nie boli – bo co tu ma boleć? :) Dopiero/już po paru godzinach zaczynamy odczuwać efekt działania siły ‘naprawczej’ na nasze zęby. Pierwsze kilka dni były najgorsze i to tyle z mojej strony jeśli chodzi o temat bólu. Tak – aparat (nie tyle co on sam, lecz pierścienie, o których zaraz napiszę) obciera wewnętrzną powierzchnię policzka, jednak jak to bywa jest to tylko kwestia przyzwyczajenia. Tak – później, po kolejnych wizytach czuje się ponowne pobolewanie zębów, jednak nie trwało ono u mnie zwykle dłużej niżeli dobę lub dwie (na pewno nie jest to ból odwracający naszą uwagę od codziennych spraw, czyli nie taki jak na samym początku noszenia aparatu). Należy też pamiętać, że odczucie bólu jest pojęciem subiektywnym, dlatego znając tendencję ludzi do wyolbrzymiania i przesadzania warto mieć w tym temacie dystans do wszystkiego ;)

Zaczynamy leczenie!

Pierwsze wizyty to skierowanie na zdjęcie pantomograficzne (panoramiczne) szczęki oraz cefalometryczne czaszki, w końcu odcisk stanu początkowego naszych ząbków. Dalej to już tylko zakładanie aparatu i wizyty kontrolne (wszystko jest zależne, bywały wizyty co miesiąc, półtore, nawet dwa, były i takie z tygodnia na tydzień).

Ale co mamy na tych zębach?

Otóż cały aparat składa się z pierścieni, zamków, łuków oraz ligatur.
Zamki to te maleństwa jakie widzi szara masa – bywają szafirowe (w tzw. aparatach estetycznych, których cena kształtuje się między 2500-3000 zł za łuk) lub metalowe (ok. 1500 zł za łuk). Mają skłonności do odklejania się, ale to chyba zdarza się każdemu? Z osobistych doświadczeń jednak wiem, że odklejony zamek to nie koniec świata, jednak wizyty ponownego jego przyklejenia nie należy odkładać.
Ligatury to wszelkiego rodzaju gumki, które zakładane są na zamki. Są po to by połączyć sam zamek z metalowym łukiem, który utrzymywany jest przez pierścienie.
Pierścienie to jakby zakończenia aparatu – to dzięki nim łuk naszych zębów jest na swoim miejscu i to dzięki nim to wszystko DZIAŁA!

Tu z zasady kończy się zakres pytań, które sama zadawałam. Jednak z czasem rodziły się nowe…
Przez cały okres leczenia wyznawałam jedną, ale za to zdrową zasadę – nie ma rzeczy, których nie wolno robić nosząc aparat! Oczywiście szanowałam swoje zęby nie maltretując ich jabłkami, marchewkami itp. Jednak nigdy nie odmówiłam sobie słodyczy, gum do żucia, a tym bardziej kawy. Spotkałam się z ciekawymi opiniami, że jedzenie słodyczy może spowodować próchnicę pod zamkami – jeśli dbamy o higienę jamy ustnej w sposób poprawny nie powinniśmy się niczym martwić. Podobno gumy do żucia mają tendencję przyklejania się do zamków – moje jakimś „cudem” nigdy nie przykleiły ani jednej gumy. Z kolei picie nieszczęsnej kawy ma powodować zacieki, które podobno (tylko) przy aparatach estetycznych wyglądają okropnie – jako osoba z aparatem estetycznym i o stałym uzależnieniu od kawy napiszę, skąd wy bierzecie takie rzeczy?! Kawę można pić, nawet litrami, wiec założę się, że prędzej padnie wam serce, niż dorobicie się zacieków (oczywiście dalej dodaje fakt, że dbamy o higienę jamy ustnej). Podobnie nigdy nie słyszałam o zakazie picia Coli – piłam i mimo wszystko żaden z zamków nie odkleił mi się „zaraz po”.
Zatem zakazy są po to, aby je łamać! I nie róbcie z siebie dodatkowego cierpiennika z racji noszonego aparatu ;)

Miałam nawet taki dziwny okres w swoim leczeniu, że pomiędzy dolny pierścień, a górną dwójkę musiałam sama zakładać takie maleńkie gumki… cel był jeden – góra miała się lekko rozsunąć, co oczywiście udało się. Niestety trzeba znieczulić się na tego rodzaju zabiegi, ponieważ nie mam tu na myśli bólu, lecz nastawienie człowieka do tego, że samo noszenie aparatu to chyba 2/3 sukcesu, to pozostała 1/3 to nasze podejście do niego ;) Nie chcesz współpracować (czyli tak jak w moim przypadku zakładać dodatkowych gumek) efekt szybko będzie widoczny i tylko sobie sami zaszkodzimy.

Nosimy, nosimy i co w końcu… ?

Swój aparat (przynajmniej jego górną) nosiłam 2 lata bez jednego miesiąca. Z racji wady zgryzy dolny łuk został mi założony dopiero po 7 miesiącach i prawdopodobnie zostanie zdjęty po wakacjach. Niestety mimo zdjętej górnej części to nie jest koniec leczenia. Wspomniałam już o czymś takim jak leczenie retencyjne – spotyka ono każdego ‘dorosłego’ (jaki jest system klasyfikacji, tego nie wiem, ale w wieku 22 lat byłam już uprzedzona o konieczności leczenia retencyjnego). Polega ono na kolejnych latach spędzonych z wkładanym aparatem. Podobno pierwszy miesiąc-dwa należy nosić go 24/7, aczkolwiek z praktyki człowiek wie, że nie ma rzeczy, którą można by robić w tak namiętny sposób. Później aparat zakładamy tylko na noc. Dodatkowo łuk zębów zostaje podklejony drucikiem – na amen, jednak nie ma czego się martwić, ani tego nie czuć, ani nie powoduje on żadnych bolesnych odczuć.

Prawda jest taka, że gdybym wiedziała o tym w wieku 14 lat, kiedy to po raz pierwszy dowiedziałam się o stałych aparatach orto, to myślę że zaczęłabym odpowiednie pertraktacje z moimi rodzicami… na pewno zaoszczędziłoby mi teraz wielu ‘dodatkowych zmartwień’. Dlatego imho takiego leczenia nie powinno się odkładać na później.

I to wstępny koniec mojej opowiastki o aparacie. Na pewno jest wiele rzeczy o których warto by było napisać, jednak ciężko jest po prostu streścić ostatnie 2 lata w możliwie najmniejszej objętości. Mam nadzieje, że zdjęcia zachęcą wszystkich krzywo zębnych do leczenia ;)