Wpis dedykuję artykułowi Aleksandra Masłowskiego pt. Trójmiasto nie istnieje.
Niestety skromnym, aczkolwiek stanowczym stwierdzeniem, będzie to, że autor popadł w subiektywną skrajność. Popełniono tu nie tylko zarzut w stosunku do ogólnej idei Trójmiasta, ale również i tego, jakim miastem jest Gdynia (i tu mnie serce zabolało!). Wiadomo – każdy felieton ma swoje mocne strony, aczkolwiek poparty takimi argumentami rozbawił mnie.
Gdynianką jestem od urodzenia, znam historię swojego miasta, wiem o licznych ciekawostkach, kocham po nim oprowadzać znajomych. Z kolei do Gdańska jeżdżę już piąty rok i zdołałam poznać go dość dobrze – i nie mam tu na myśli studenckich knajp, czy kawiarni, lecz architekturę, kulturę itd. Mimo zdania, że Gdynia jak i Gdańsk to kompletnie dwa różne światy (a do tego dochodzi Sopot, który jest zlepkiem nowoczesnego miasta o starej dobrej tradycji), to uważam, że idealnie uzupełniają się w każdej kwestii.
Pamiętać trzeba bowiem, że Gdynia jako miasto powstała jako konkurencja dla Gdańska, a ponadto oddzielona była od niego i od Sopotu państwową granicą, będącą dziś północną granicą Sopotu. Ta atmosfera rywalizacji (nie zawsze zdrowej) towarzyszy rzekomemu “Trójmiastu” od początku istnienia niepodzielonej granicą państwową aglomeracji.
Zastanawiam się jak takie młode miasto jak Gdynia, może konkurować ze starym miastem Gdańsk (i odwrotnie)? Jest to nie tylko (jak dla mnie) bezmyślne stwierdzenie kierowane wyłącznie osobistym odczuciem. Jest to kompletny brak zrozumienia dla idei pewnej ‘metropolii’, którą tworzymy. Zatem zgodnie z myślą autora – czy słuszne byłoby odcięcie się? Zbudowanie niezniszczalnego muru pt. my jesteśmy lepsi, a wy gorsi (bo przecież skoro istnieje nietolerancja, to niech istnieje wrogość)? Nie współpracujmy, nie podawajmy sobie dłoni w sprawach komunikacji czy wewnętrznej polityki “życia”? Bądźmy ograniczeni i hodujmy w sobie lokalnych, kulturalnych prostaków?
Nie szydzę z Gdańska, z tego, że stoczniowe Żurawie próbuje wpisać sobie w symbol miasta, a jednocześnie walczy o tytuł najbardziej romantycznego i otwartego dla turystów gniazda.
Szanuję zdanie autora, ale nie godzę się z nim kompletnie – nie popieram, nie zachwalam i nie przyjmę do swojej wiadomości tej subiektywnej opinii… tym bardziej opinii przewodnika miejskiego. W Gdyni żyję, w Gdańsku pracuję, w Sopocie staram się wypoczywać – i chociażby stąd nie mogłabym postawić żadnego z nich na równi ze sobą, a tym bardziej porównywać w tak skrajny sposób.

Jak wiesz, na Trójmieście się nie znam, ale wspomnę o Warszawie, bo to ciekawy przypadek.
Jak wiadomo, Warszawa znienawidzona jest od gór po morze (ze szczególnym natężeniem jadu w Krakowie i na Śląsku ;) ). Bywa, trudno. Ale co to znaczy Warszawa?
Warszawa do 1993 roku składała się z 7 dzielnic. Następnie dołączył Ursus, po czym w ciągu kolejnych 8 lat przybyły 3 kolejne. Od 2002 dołączyło jeszcze 7, co daje obecnie 18 dzielnic. A było 7. Ale to nie koniec.
Mimo tego, że stolica się rozrasta, ludzie wciąż poszukują spokoju mieszkając poza stolicą. Stąd też patrząc na migrację w regionie, miano Warszawiaków przypisuje się również osobom mieszkającym w sąsiednich gminach. I tak dochodzimy do punktu, w którym aglomeracja warszawska jest wielgachna (w środku ramką objęta jest sama stolica).
Wiem, że to trochę nie na temat, ale ciekawe co powiedziałby autor na temat tego zjawiska – bo jak dla mnie taka mieszanka przekroczyłaby zasoby jego percepcji :)
Autor, jak zauważyli już komentujący użytkownicy, mimo tego, że jest przewodnikiem, nie zna podstaw historii Gdańska i Gdyni. Ja pewnie też orłem w tej dziedzinie nie jestem, ale nic z oprowadzaniem ludzi wspólnego nie mam ;)
Dlatego nie życzyłabym Warszawie (jak i każdemu większemu miastu) opinii od takiej osoby. Z resztą Warszawiacy pewnie dokonaliby słownego linczu na autorze tekstu ;)
My w Trójmieście staramy się być tolerancyjni dla spaczonej psychiki ;)