Powoli wracam do świata żywych i wirtualnych. Już za tydzień wszystko powinno (teoretycznie) wrócić do normy, aż sama doczekać się nie mogę…
Na własne życzenie zmagam się jeszcze ze Statystyką, której od serca powiem wam, że nie znoszę. Tylko pech chciał, że wina nie leży w niej samej, lecz w prowadzącym, co bywa z natury zrozumiałe ;)
Tak czy siak, jak to wiadomo do nauki całosemestralnego materiału potrzeba nie lada chęci. Chęci tych nie mam, więc nazywam to zwykle kopem siłowym – czy tego chce czy nie siadam do notatek i je czytam. Idzie mi jak idzie, ale oczywiście każdy pretekst do przerwania nauki bywa dobry. Tak samo jak problem pierwszego zabrania się za coś tak żmudnego. Czy chcę tego czy nie przyznaję się do prokrastynacji.
Szczerze to nawet nie przypuszczałam, że taki stan posiada tak fachową nazwę i mało tego jest patologią typową właśnie dla studentów. Z resztą czemu się dziwić?
Pierwszy raz rozwinięty temat prokrastynacji dopadłam na ikari blog. I pewnie też z w.w. miejsca dowiecie się o wiele więcej, niżeli ode mnie – tej, która myślała, że stare czasy brania się za coś w tak rozlazły sposób odeszły precz… Chciałabym również, by przyczyną mojego zachowania był lęk przed zwycięstwem (a co tam!), jednak przyznam się szczerze i bez bicia, że po raz kolejny obudziła się we mnie niechęć w kierunku PG. A w niej czym bliżej do końca, tym bardziej przekonuję się, że to wszystko jest… ach szkoda słów :)
PS1 wesołych spóźnionych Walentynek (które wbrew pozorom wywodziły się i z Europy) ;)
PS2 ponad miesięczny projekt Widok z okna nie odniósł wielkiego sukcesu. Mimo wszystko “dzięki” za podesłane zdjęcia. Jeżeli ktoś kiedyś chciałby powiększyć galerię, to… śmiało piszcie ;)
Nie łam się, moja droga! ;)
Pytnie “po cholerę w ogóle mi te studia?!” zadaję sobie ilekroć mam w sesji jakieś przedmioty matematyczne… (i w ogóle przychodzi wtedy kryzys wiary we wszystko…) – a jednak jakoś to zawsze jest ;)
Dzięki, dzięki ;)
Pytanie “po cholerę mi te studia” przestałam zadawać sobie w połowie 3. roku. Takie rozwiązanie jest najwygodniejsze :) Problem “po cholerę” tkwi w czymś zupełnie innym, ale stwierdziłam że narzucanie subiektywnego zdania obiektywnym czytelnikom nie jest dobrym pomysłem ;)
Kurde, nie ma nic gorszego powiedzieć odkładaczowi wszystkiego na później, że jego “ulubione” zajęcie ma fachową nazwę ^^’.
Powodzenia w dalszych przeprawach z sesją, bo “po cholerę” “po cholerą”, ale papierek lepiej mieć :).
[...] moje tak zwane lenistwo ma swoją fachową nazwę: prokrastynacja. Dowiedziałem się o tym z wpisu MrówkiB, z którego zajrzałem na Wikipedię, a potem jeszcze na blog ikariego. Powtarzam się, ale nie ma [...]
U nas znaliśmy prokrastynację już przy okazji poprzedniej sesji. Jak zawsze świadomość tej zdefiniowanej czynności była bardzo budująca dla każdego. Jeden drugiemu wypominał żeby nie prokrastymował, albo sam się na tym łapał.
dwie rzeczy które jeszcze bardzo motywowały:
http://www.ee.pw.edu.pl/~duniaj/jpg/projekty.jpg (klasyk już)
http://www.ee.pw.edu.pl/~duniaj/jpg/0.jpg (nowość która zrobiła furorę!!!)
pozdrawiam
progresywnyJ :)
PROJEKTY!!!!
Tego jeszcze nie widziałam! Oczywiście genialne w swym stylu ;-) Dzięki.
Prokrastyniusz – tak powinienem mieć na drugie…