I zamiast cieszyć się urokami mojego WordPressa to tylko w małej między przerwie pomiędzy zakuwaniem a zakuwaniem, do wszystkiego i niczego na raz, udało się skomponować krótki aczkolwiek sensowny wpis…
Jak to w życiu bywa wszystko ma swoje plusy i minusy. Jednak ostatnio zbyt często zastanawiam się dlaczego mój kierunek studiów ma w sobie więcej (i zdecydowanie) tych drugich. Problem może rodziłby się wtedy, gdybym do takich wniosków dochodziła jako jedyna z gromady 130 osób, które ostało się (tu chyba inne słowo nie pasuje)… Jednak jako jednostka wypowiadająca się podobnie jak większość moich koleżanek i kolegów po fachu podzielę się tą opinią i z wami…
Już na drugim roku studiów czułam, że coś tu jest nie tak. Składając podanie na studia matematyczne liczyłam się z przyszłym wyborem specjalizacji- jednak wyboru tego dokonam dopiero za pół roku! Właściwie w tym momencie to zdecyduje za mnie szczęście- stosowana czy finansowa? Pierwotnie wszystko miało iść ku matematyce finansowej. Jak już wspomniałam wątpliwości zaczęłam mieć na drugim roku. Dlaczego nie szybciej? Pewnie dlatego że nawet sama nie wiem kiedy wpadłam w wir mechanizmu „podążania za karierą”. Chociaż i o niej jest tu ciężko pisać… tak czy siak, w momencie kiedy się ocknęłam z całego poli_szaleństwa zauważyłam że kompletnie się nie realizuję… Jak to? Dziewczyna która przez całą klasę maturalną marzyła o najlepszej pod względem poziomu uczelni technicznej w Trójmieście a tu takie bum?! Racjonalnie rzecz biorąc bardzo niewielką wiedzę nabyta mogę wykorzystać w praktyce. Bo przecież nikomu nie będę wyliczała całki Lebesque’a na dowód tego, że po prostu wiem czym ona jest. I co więcej?! Jedynym i największym plusem tego wszystkiego jest to, że daję korepetycje- świetnie, kolejna rzecz na której można zarobić ludzkie pieniądze, ale nie czuć że „to jest TO”. Nie uważam tych trzech lat zmarnowanych, bo było by to całkowitą głupotą, aczkolwiek nie zawsze spełniając swoje pragnienia możemy czuć ich magię…
A propos magii (i pomijając już nadchodzącą sesję) w moim sercu zawitała wiosna. Uśmiecham się do siebie i ludzi których mijam idąc ulicą. Czasami śpiewam, bywa że potańczę! Z radością słucham pozytywnej muzyki i płaczę ze wzruszenia przy „Śniadaniu u Tiffaniego”… a co najważniejsze spędzam godziny na rozmowach o tym co czuję i o tym jak nauczyłam się uśmiechać na nowo. Dziękuję :)
I chyba każdemu życzę tak zakręconych poranków jak moje!!!!